Menu

Panie, kup pan kota!

Perypetie hodowcy kotów rasowych. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób oraz sytuacji jest... hmmm... przypadkowe?

6. Hurra! Mam kota!

yenna_m

Kupiłeś kota? To wspaniale! Teraz tylko zarejestrować przydomek i możesz hodować koty.

Proste? Proste.

Gdy rejestrowałam pierwszy raz koty w klubie, jakieś 9 lat temu, wysłałam wszystkie dokumenty kotów wraz z badaniami do klubu, który sobie wybrałam. Wybrałam taki, w którym nie potrzebne były licencje hodowlane ani wystawianie kotów. Dlaczego? Ano dlatego, że już wcześniej o uszy obiło mi się to i tamto o atmosferze wśród hodowców. Chciałam sobie tego oszczędzić i trzymać się od tego światka tak daleko, jak to tylko możliwe. A i same poszukiwania kotki zrobiły na mnie jak najgorsze wrażenie. Dawno, naprawdę dawno nie rozmawiałam z taką ilością bufonowatych i niesympatycznych ludzi.

Przygotowanie papierów to Pikuś. Pan Pikuś. Bierzesz, drukujesz, u weterynarza wypełniasz co trzeba (a nie wszędzie trzeba, czasem wystarczy jedynie rodowód i deklaracja członkowska). W tym klubie, który wówczas nie wymagał licencji hodowlanych były inne wymagania (poza osobą wprowadzającą). Miałam zanieść koty do weterynarza, a ten miał dokładnie wymacać koty i sprawdzić, czy kot był szczepiony, jaką szczepionką i kiedy, czy nie ma u kota wad zgryzu, wad budowy, czy ma jądra na swoim miejscu. Miał też zrobić kotu testy na FeLV, FIV i FIP i wyniki nanieść na kartę rejestracyjną kota. Oczywiście kot hodowlany musiał być zaczipowany, więc również zaczipowałam wówczas swoje koty.

Tak wypełnioną kartę rejestracyjną kotów wraz z oryginałami rodowodów oraz deklaracją członkowską wysłałam do klubu.

A przepraszam. Zanim wysłałam, musiałam do klubu zadzwonić i odbyć rozmowę kwalifikacyjną. Z tą rozmową kwalifikacyjną to były niezłe jaja. Telefonować można było chyba raz w tygodniu , w poniedziałki (albo nawet w pierwszy poniedziałek miesiąca, ale tego dokładnie nie pamiętam), między 18 a 20. Więc dodzwonić się było masakrycznie trudno. Próbowałam kilka razy. Telefon był wiecznie zajęty. I w sumie nie dziwota. W końcu udało się. Odebrała telefon starsza kobieta, która na dzień dobry potraktowała mnie z góry, trochę jak śmiecia, ale po zapomnięciu, że jakieś osoby wprowadzające mam, zgodziła się mnie przyjąć do klubu.

Wysłałam dokumenty. I nastała kilkumiesięczna cisza. W końcu zniecierpliwiona zadzwoniłam do klubu i... okazało się, że moja dokumentacja zaginęła w klubie. Wszystkie oryginały rodowodów moich kotów szlag trafił. Znikły w jednej wielkiej czarnej dziurze, bo pani akurat również przygotowywała wystawę i gdzieś jej wszystko wsiąkło.

Wyrabianie duplikatów rodowodów to nie jest prosta rzecz. Jako właściciel kota nie mogłam sama wystąpić do klubów albo federacji, która wystawiła rodowody. Musiałam w całe przedsięwzięcie zaangażować hodowców kotów. Oraz oczywiście ponieść koszty wystawienia rodowodów (sama to zaproponowałam, bo ostatecznie to nie moi hodowcy ponosili winę za zaginięcie całej kociej papierologii).

Zmieniłam więc zdanie i wybrałam inną federację oraz inny klub.

Koty udało się zarejestrować. Przydomek też. Ale nerwów było co niemiara.

© Panie, kup pan kota!
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci